Reklama:





Zapraszamy:





Z doliny łez





Ojciec pokazywał mi jego elementarze i książki z kolorowanemi obrazkami i chwalił się znowu, że go ostatecznie mały jego Tadzio czytać dobrze nauczył.
Matka opowiadała z radośnym uśmiechem, jak jest pobożny, jak ołtarzyk ubiera w kwiaty i codzień rano i wieczór odmawia głośno wspólną domową modlitwę.
Spędziłem z temi poczciwemi ludźmi cały wieczór bardzo mile i uścisnąłem serdecznie ich dłonie, żegnając i obiecując napisać z kraju, gdy wrócę.
Wróciłem po roku i niedługo po powrocie napisałem do St. Gallen, Nie dostałem odpowiedzi.
Napisałem po raz drugi list polecony: odesłano mi go w parę tygodni z urzędowym dopiskiem:
„Adresat w St. Gallen nieznany".
Co się stało z Wojciechem Bystrzewskim, co z jego poczciwą żoną i Tadziem ? Nie wiem. Ale ilekroć myślę o nich, serce ściska mi się boleśnie.
Może los rzucił ich gdzieindziej, może wrócił do ojczyzny wygnańca... Może... Nie sądzę jednak.
Zdaje mi się raczej, że już to ciche, miłe, chrześcijańskie gniazdko rodzinne zmiótł i zniszczył wicher przeciwny, że nadzieje biednej, szlachetnej Bűrgel zawiodły w końcu, po
latach, i że liść oderwany od ojczystego drzewa, znów się gdzieś tuła po szerokich gościńcach świata, unoszony burzą, co tyle już innych rozniosła.
Proboszcz skończył swoją powieść i znów siedzieliśmy w milczeniu dokoła płonącego ognia w kominie, słuchając świstu wiatrów i jęku własnych naszych myśli.
Każdemu z nas nasuwały się wspomnienia podobnych przeżytych i zasłyszanych historyj, nikt jednak nie odzywał się z niemi, ani robił uwag nad losami Wojciecha Bystrzewskiego.
Tylko nie wiem jak innym, przypuszczam jednak, że im także, jak mnie, kręciło się po głowie i gryzło w sercu pytanie: Dlaczego?
Słowa ostatnie księdza o liściach, oderwanych z drzewa i unoszonych burzą, brzmiały jeszcze w naszych uszach.


<<Poprzednia 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 | 85 | 86 | 87 | 88 | 89 | 90 | 91 | 92 | 93 | 94 | 95 | 96 | 97 | 98 | 99 | 100 | 101 | 102 | 103 | 104 | 105 | 106 | 107 | 108 | 109 | 110 | 111 | 112 | 113 | 114 | 115 | 116 | 117 | 118 | 119 | 120 | 121 | 122 | 123 | 124 | 125 | 126 | 127 | 128 | 129 | 130 | 131 | 132 | 133 | 134 | 135 | 136 | 137 | 138 | 139 | 140 | 141 | 142 | 143 | 144 | 145 | 146 | 147 | 148 | 149 | 150 | 151 | 152 | 153 | 154 | 155 | 156 | 157 | 158 | 159 | 160 | 161 | 162 | 163 | 164 | 165 | 166 | 167 | 168 | 169 | 170 | 171 | 172 | 173 | 174 | 175 | 176 | 177 | 178 | 179 | 180 | 181 | 182 | 183 | 184 | 185 | 186 | 187 | 188 | 189 | 190 | 191 | 192 | 193 | 194 | 195 | 196 | 197 Nastepna>>