Z doliny łez





Co on nieszczęsny przejść musiał! Wreszcie wrócił. Cień został z niego. Słaniał się chodząc, wzrok miał błędny, siły żadnej.
Do szpitala chcieli go oddawać: nie pozwoliłam. Odkarmiłam, wzmocniłam ciało, starałam się, jak mogłam, rany duszy zagoić.
A wówczas Bóg miłosierny dał namdziecko.
— I ono przykuło już ojca do domu?
— Zgadłeś pan. Odtąd wrócił spokój, przynajmniej co najgorsze minęło.
Albert mój już nigdy więcej nie uciekał, kiedy go teraz ta tęsknota schwyci, idzie włóczyć się po górach godzinami — czasem dniami całemi; ja sama go wyprawiam, wiedząc, że
mu to sprawia ulgę, usprawiedliwiam nieobecność jego w fabryce i czekam spokojnie; wiem, że wróci. Innym razem zamyka się w drugiej izdebce i leży długie godziny, jak umarły.
Ja tu na palcach się krzątam, żeby mu nie przeszkadzać, dziecko wynoszę do sąsiadów, potem jak miarkuję, że atak przeszedł, posyłam mu syna, żeby go sprowadził do mnie.
I wtedy on przychodzi spokojniejszy. Tak żyjemy od lat siedmiu.
— A nie obawiasz się pani, że on kiedyś, odszedłszy, nie wróci może?
Drżenie ją przeszło całą.
Podniosła oczy na krucyfiks, wiszący na ścianie i wpatrywała się w postać Chrystusa, jakby modląc się myślą.
— Bóg wielki — rzekła wreszcie. — Jemu ufam.
A potem jest dziecko.
Ujrzałem je za chwilę. Pan Wojciech przyprowadził syna, po którego zaszedł do babki i z widoczną durną prezentował mi swego jedynaka.
Ochrzczono go Tadeuszem na pamiątkę Kościuszki: tak matka chciała Dzieciak był śliczny, z poczciwemi oczami ojca, z zewnym matczynym uśmiechem, ale rzecz dziwna!
Syn tych dwojga ludzi rosłych i silnych wątły był, delikatny jak roślinka młoda.
Rodzice rozpadali się też nad nim, oczy ich biegły za nim, gdziekolwiek się ruszył.


<<Poprzednia 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 | 85 | 86 | 87 | 88 | 89 | 90 | 91 | 92 | 93 | 94 | 95 | 96 | 97 | 98 | 99 | 100 | 101 | 102 | 103 | 104 | 105 | 106 | 107 | 108 | 109 | 110 | 111 | 112 | 113 | 114 | 115 | 116 | 117 | 118 | 119 | 120 | 121 | 122 | 123 | 124 | 125 | 126 | 127 | 128 | 129 | 130 | 131 | 132 | 133 | 134 | 135 | 136 | 137 | 138 | 139 | 140 | 141 | 142 | 143 | 144 | 145 | 146 | 147 | 148 | 149 | 150 | 151 | 152 | 153 | 154 | 155 | 156 | 157 | 158 | 159 | 160 | 161 | 162 | 163 | 164 | 165 | 166 | 167 | 168 | 169 | 170 | 171 | 172 | 173 | 174 | 175 | 176 | 177 | 178 | 179 | 180 | 181 | 182 | 183 | 184 | 185 | 186 | 187 | 188 | 189 | 190 | 191 | 192 | 193 | 194 | 195 | 196 | 197 Nastepna>>