Z doliny łez






Chciałem zawołać: Ja, matusiu złota, serdeczna, ja, syn, twój rodzony, coś go dziesięć lat nie widziała. Ale wstrzymałem się. Mógł ktoś być, posłyszeć. Zaglądam.
Nie ma nikogo, tylko na tapczanie, na słomianym barłogu, leży staruszka żółta, znędzniała, same kości i skóra.
— Czy to wy, pani Marcinowa? — szepcze.
Wtedym ja drzwi zamknął i zwaliłem się przy
tapczanie, ręce jej i nogi całując i rycząc z płaczu. Bóg strzegł — żem jej tem nie ubił.
Dogasała biedaczka i resztka tylko życia kołatało się w niej. Owszem jednak podniosła się, jakby duch nowy w nią wstąpił.
— Ty, ty — szeptała, szukając mnie rękami i przyciskając do siebie. — Mój Wojtuś, mój jedyny.
Potem oczy w górę podniosła i ręce złożyła.
— Dziękuję Ci, Panie Boże. Dałeś doczekać, zobaczyć. Ja zawsze ufałam, wierzyłam, że nie umrę, póki ciebie nie zobaczę, nie przeżegnam.
Tak nam przeszła godzina czasu.
Matka, po pierwszych kilku chwilach, znów osłabła i ledwie mówić mogła. Ja jej mówiłem o sobie.
Słuchała, głową poruszyła, czasem cichutko zapytała o coś, a oczu to już nie spuszczała ze mnie. O siostrze wspomniałem — nie odpowiedziała nic.
A wtem nadeszła Marcinowa, stara szlachcianka z sąsiedniej chałupy, doglądająca matkę w chorobie.
Zobaczywszy obcego człowieka przy chorej, domyśliła się, kim jestem, choć nigdy mnie nie widziała przedtem.
— Jezus Marya — zawołała, klasnąwszy w ręce.
— I zkąd pan tu wziąłeś się? A pozwoliliż, wiedzą?
Trzeba było powiedzieć prawdę. Stara głową zaczęła kręcić.
— Oj źle — rzekła smutna, bo lubiła i żałowała biedną matkę. — Nie ukryje się to. Jak ukryć w tej chałupie, gdzie wszystko na oczach ludziom?
Nie ukryło się też.
Dzień i drugi minął jednak spokojnie. Matka miała się jednako, ni lepiej, ni gorzej. Siedziałem przy niej ciągle.


<<Poprzednia 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 | 85 | 86 | 87 | 88 | 89 | 90 | 91 | 92 | 93 | 94 | 95 | 96 | 97 | 98 | 99 | 100 | 101 | 102 | 103 | 104 | 105 | 106 | 107 | 108 | 109 | 110 | 111 | 112 | 113 | 114 | 115 | 116 | 117 | 118 | 119 | 120 | 121 | 122 | 123 | 124 | 125 | 126 | 127 | 128 | 129 | 130 | 131 | 132 | 133 | 134 | 135 | 136 | 137 | 138 | 139 | 140 | 141 | 142 | 143 | 144 | 145 | 146 | 147 | 148 | 149 | 150 | 151 | 152 | 153 | 154 | 155 | 156 | 157 | 158 | 159 | 160 | 161 | 162 | 163 | 164 | 165 | 166 | 167 | 168 | 169 | 170 | 171 | 172 | 173 | 174 | 175 | 176 | 177 | 178 | 179 | 180 | 181 | 182 | 183 | 184 | 185 | 186 | 187 | 188 | 189 | 190 | 191 | 192 | 193 | 194 | 195 | 196 | 197 Nastepna>>