Reklama:





Zapraszamy:





Z doliny łez






— Kto tam? — pyta matka.
— Swój, — wołam — swój, matusiu. Prędzej, bom zmarzł.
Ale jej nie trzeba naglić do pośpiechu.
Już wybiegła, ledwie płachtę zarzuciwszy na siebie. Ściska, do serca tuli, do stancyjki prowadzi, sama prędzej ogień rozpala, co najlepszego dostaje dla dziecka... Oj, Boże, Boże.
Urwał i długo milczał z pochyloną, w dłoniach ukrytą twarzą.
— Bywająż takie chwile — zaczął wreście i jakby z namysłem — bywająż chwile, w których człowiekowi tak jasno, tak dobrze, jakby niebo otwierało się przed nim...
Ale mija to, mija i nie wraca już, a potem tak ciężko, tak żal, oj, tak żal...
— Otóż, widzi pan, to wszystko stawało mi w oczach, jak żywe, kiedym wtedy zbliżał się do Drewnówki.
I myślałem sobie: tak samo nocą biegnę do niej, tak samo rankiem się dostanę, jak kiedyś, kiedym na święta biegł z Humania do Bereźnej, tylko czy mnie, jak wtedy, spotka we
drzwiach słodka twarz matczyna?
Przywlokłem się wreszcie. Dzień już się robił, ludzie pokazywali się we drzwiach chałup. Pytam: wdowa Bystrzewska jest tu, żyje?
A w sercu mi zamiera ze strachu.
Chłop, do którego się zwróciłem, poskrobał się w głowę, namyślał się przez chwilkę, wreszcie wybąknął:
— A czort jego wie, czy jest tu u nas taka, czy nie.
Ot, baba może będzie lepiej wiedziała. Matrono, Matrono !
— A co tam? — pyta z chaty kobieta. Powtórzyłem pytanie.
— Oj, wiem, wiem — odpowiada — stając we drzwiach i za boki się trzymając. Zaraz za cerkwią, za stawem, za młynem pierwsza chata.
Żyje jeszcze nieboraczka, żyje, ale już jej mało się należy. A wy zkąd?
Nie odpowiedziałem, tylko rzuciłem niewyraźne „spasybi" i pognałem naprzód, nie czując zmęczenia, ani nóg zbolałych. Przybiegam.
Chatynka nędzna, niebielona, drzwi nadłamane i na oścież otwarte.
— Kto tam? — głos jakiś odzywa się ochrypły, jęczący.


<<Poprzednia 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 | 85 | 86 | 87 | 88 | 89 | 90 | 91 | 92 | 93 | 94 | 95 | 96 | 97 | 98 | 99 | 100 | 101 | 102 | 103 | 104 | 105 | 106 | 107 | 108 | 109 | 110 | 111 | 112 | 113 | 114 | 115 | 116 | 117 | 118 | 119 | 120 | 121 | 122 | 123 | 124 | 125 | 126 | 127 | 128 | 129 | 130 | 131 | 132 | 133 | 134 | 135 | 136 | 137 | 138 | 139 | 140 | 141 | 142 | 143 | 144 | 145 | 146 | 147 | 148 | 149 | 150 | 151 | 152 | 153 | 154 | 155 | 156 | 157 | 158 | 159 | 160 | 161 | 162 | 163 | 164 | 165 | 166 | 167 | 168 | 169 | 170 | 171 | 172 | 173 | 174 | 175 | 176 | 177 | 178 | 179 | 180 | 181 | 182 | 183 | 184 | 185 | 186 | 187 | 188 | 189 | 190 | 191 | 192 | 193 | 194 | 195 | 196 | 197 Nastepna>>