Z doliny łez





— On już ziemskich sądów nie boi się. Dziękuj lepiej Bogu panie pułkowniku, że na tem się kończy i nie utrudniaj nam naszego zadania...
Pułkownik wypatrzył się na księdza.
— Jedno słowo więcej, bodajby nie było iskrą w beczce prochu — kończył ksiądz — Spójrz pan na twarze tych ludzi.
Pułkownik oglądnął się i naraz księdza za rękę uchwycił.
— Pan odpowiada, ja proszę... ja wszystko zrobię, jak pan chcesz.. ale nie dopuść pan.. istotnie...
mogłoby zdarzyć się nieszczęście.
Ksiądz uśmiechnął się smutno.
— Nie będzie nieszczęścia, — odparł — nie bój się pan, ja za to ręczę. Ten lud ma wiarę.
Tylko do ostateczności nie trzeba go doprowadzać, bo wtedy już nie ręczę za nic.
Ojciec Wincenty mówił do nas tymczasem. Klęczałyśmy na ostatnim stopniu ołtarza, płacząc cicho.
Staruszek nie płakał. Oczy mu zapadły gdzieś w głąb, jakby mgłą krwawą zaszły — ale ogień jakiś palii się w nich dziwny.
Mówił z początku cicho, niewyraźnie, urywanym, bezdźwięcznym głosem, potem głośniej i śmielej.
Aż wreszcie z tych piersi rozbitych głos popłynął falą srebrną, potężny i grzmiący. Ludzie oddech w piersi zaparli.
On mówił o dawnych, bardzo dawnych dziejach, o ludziach starych, w proch rozsypanych, o rycerzach w zbroje zakutych i pobożnych białogłowach, śpiących pod kamiennemi nagrobkami i
pod zapisanemi płytami posadzki.
Mówił o kniaziu Danile i kniahini Hannie, co po śmierci córki jedynej, a pięknej jak wiosna, wiano jej oddali tutaj, na chwałę Bożą i na pożytek dusz.
Mówił o czasach, gdy w tych murach sto dziewic ze starych okolicznych rodów kwitło jak sto lilij w Jezusowym wirydarzu, o świątobliwej ksieni Dorocie, której ciało Kościół
podniósł na ołtarze, o siostrach zakonnych, zmarłych w woni świętości i pocałunku pokoju od Pana. Mówił, czem były dla Boga, czem dla ziemt, na której żyły.


<<Poprzednia 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 | 85 | 86 | 87 | 88 | 89 | 90 | 91 | 92 | 93 | 94 | 95 | 96 | 97 | 98 | 99 | 100 | 101 | 102 | 103 | 104 | 105 | 106 | 107 | 108 | 109 | 110 | 111 | 112 | 113 | 114 | 115 | 116 | 117 | 118 | 119 | 120 | 121 | 122 | 123 | 124 | 125 | 126 | 127 | 128 | 129 | 130 | 131 | 132 | 133 | 134 | 135 | 136 | 137 | 138 | 139 | 140 | 141 | 142 | 143 | 144 | 145 | 146 | 147 | 148 | 149 | 150 | 151 | 152 | 153 | 154 | 155 | 156 | 157 | 158 | 159 | 160 | 161 | 162 | 163 | 164 | 165 | 166 | 167 | 168 | 169 | 170 | 171 | 172 | 173 | 174 | 175 | 176 | 177 | 178 | 179 | 180 | 181 | 182 | 183 | 184 | 185 | 186 | 187 | 188 | 189 | 190 | 191 | 192 | 193 | 194 | 195 | 196 | 197 Nastepna>>