Reklama:





Zapraszamy:





Z doliny łez





Zrozumiał, że dzieje się dobrze, kiedy go ksiądz, przebranego we własną bieliznę i własny kaftanik, zasadził do talerza zupy i misy dymiących kartofli, mających stanowić
znowuż własna kolacyę. Jacquot pożerał łapczywie te przysmaki, błyskając białymi zębami, jak dzikie, zgłodniałe zwierzątko.
Kiedy skończył, ksiądz go spytał, czy głodny jeszcze.
Poruszył przecząco głową.
— Pomódl się teraz, żeby Panu Bogu podziękować za posiłek i prosić o noc spokojną.
Chłopak spojrzał na niego zdziwionemi oczyma.
Nie zrozumiał tego, co znaczy „modlić się".
W ciągu kilkunastu lat jego nędznego życia nikt mu nie mówił nigdy o Ojcu, który jest w niebiesiech.
Tego wieczora próbował to uczynić ksiądz Władysław po raz pierwszy.
— Chłopak słuchał zdziwiony z początku, potem obojętny.
Na ustach wąskich i bladych błąkał się uśmiech — zdawało się, jakby powstrzymywał z trudnością jakiś cyniczny żart.
Żeby go ośmielić i zbliżyć, ksiądz zaczął go rozpytywać o jego dotychczasowe losy.
Jacquot z początku nie chciał odpowiadać i tylko wciąż spoglądał zpodełba na swego gospodarza jak wilk. Powoli ośmielił się i rozgadał. Historya jego była bardzo zwyczajną.
Od kiedy pamiętał, tułał się po ulicach Lyonu, przymierając głodem, żebrząc i kradnąc.
Nie dbał o niego nikt, czasem ktoś, przechodząc, grosz rzucił — jedna tylko stara Margot, żebraczka zlitowała się, gdy było zimno i nikt nie chciał sięgnąć do sakiewki.
Złodziejskiego rzemiosła uczył go wprawny mistrz, ojciec Grimaud, posługując się chłopakiem, zagarniając zarobek całodzienny i bijąc bez miłosierdzia, gdy wrócił z próżnemi
rękami. Potem stary poszedł do więzienia, a Jacquot zaczął już na własną rękę walczyć o byt. Raz go przyłapano — wymknął się policyantowi i uciekł z miasta.
Odtąd włóczył się po wsiach nad kordonem, aż przybłąkał się do Rionney.


<<Poprzednia 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 | 85 | 86 | 87 | 88 | 89 | 90 | 91 | 92 | 93 | 94 | 95 | 96 | 97 | 98 | 99 | 100 | 101 | 102 | 103 | 104 | 105 | 106 | 107 | 108 | 109 | 110 | 111 | 112 | 113 | 114 | 115 | 116 | 117 | 118 | 119 | 120 | 121 | 122 | 123 | 124 | 125 | 126 | 127 | 128 | 129 | 130 | 131 | 132 | 133 | 134 | 135 | 136 | 137 | 138 | 139 | 140 | 141 | 142 | 143 | 144 | 145 | 146 | 147 | 148 | 149 | 150 | 151 | 152 | 153 | 154 | 155 | 156 | 157 | 158 | 159 | 160 | 161 | 162 | 163 | 164 | 165 | 166 | 167 | 168 | 169 | 170 | 171 | 172 | 173 | 174 | 175 | 176 | 177 | 178 | 179 | 180 | 181 | 182 | 183 | 184 | 185 | 186 | 187 | 188 | 189 | 190 | 191 | 192 | 193 | 194 | 195 | 196 | 197 Nastepna>>