Z doliny łez





Słowa starca takie proste, nieledwie katechizmowe brzmiały mi wciąż w uszach dziwną harmonią i pięknością.
Miałem takie wrażenie, jakby od nich świat jakiś nowy odsłonił się przedemną. A jednak, wiedziałem to dobrze, nie było w nich nic nowego.
Jedne za drugimi płynęły długie, ciche, senne kwadranse i godziny. Siedziałem bez ruchu, kołysany myślami.
A tymczasem mrok zapadał coraz ciemniejszy, noc zalegała ziemię, na niebie księżyc wschodził i zaczynały iskrzyć się gwiazdy.
Krzyk nagły mnie obudził.
Ludzie stali wkoło mnie i matka moja, klęcząc przy fotelu, trzymała w rękach swoich bezwładne dłonie pana sowietnika.
Staruszek już nie żył.
A była to właśnie wigilia święta Matki Bożej, której za lat młodych był sodalisem, a przez życie całe czcicielem i sługą.
Śniatynka—Lwów, sierpień 1896.
KONIEC.
KRA!
KRA! KRA!
_Pani Waleryi z Tarnowskich Huntly-Gordon.
_
Nie było nikogo w Rionney-sur-1'Yll, ktoby umiał wymówić nazwisko księdza Chrzęściaka, ale też nie było nikogo, ktoby mu nie był życzliwy.
Wszystkie kapelusze i kaszkiety uchylały się przed nim, ile razy przechodził główną ulicą wioski, pomiędzy kościołem a ochroną, w swoim wystrzępionym i zrudziałym kapeluszu, z
sutanną wytartą i niemożliwie wysoko zakasaną. Uśmiechano się do niego przyjaźnie, czasami, gdy przeszedł, ruszano z lekka ramionami.
Męszczyźni wyjmowali fajki z ust, rzucając mu dobrodusznie:
— Eh, boa jour, l'abbé; ça va bien toujours?
Kobiety przerywały najożywieńszą rozmowę przy studni, żeby go zapytać:
— Eh bien, comment vont vos marmots, pere Ladislas?
Dawniej, przed laty, kiedy tu przybył, nazywano go: l' abbé polonais. Potem został dla wszystkich: pere Ladislas.
Tak go nazywano w Rionney, tak w okolicy, aż do stolicy arrondissemnt, La Bregue, ba nawet aż do siedliska prefekta i biskupa.
Jeżeli jednak opuszczano przy chrzestnem imieniu nazwisko, to za to nie szczędzono przymiotników.


<<Poprzednia 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 | 85 | 86 | 87 | 88 | 89 | 90 | 91 | 92 | 93 | 94 | 95 | 96 | 97 | 98 | 99 | 100 | 101 | 102 | 103 | 104 | 105 | 106 | 107 | 108 | 109 | 110 | 111 | 112 | 113 | 114 | 115 | 116 | 117 | 118 | 119 | 120 | 121 | 122 | 123 | 124 | 125 | 126 | 127 | 128 | 129 | 130 | 131 | 132 | 133 | 134 | 135 | 136 | 137 | 138 | 139 | 140 | 141 | 142 | 143 | 144 | 145 | 146 | 147 | 148 | 149 | 150 | 151 | 152 | 153 | 154 | 155 | 156 | 157 | 158 | 159 | 160 | 161 | 162 | 163 | 164 | 165 | 166 | 167 | 168 | 169 | 170 | 171 | 172 | 173 | 174 | 175 | 176 | 177 | 178 | 179 | 180 | 181 | 182 | 183 | 184 | 185 | 186 | 187 | 188 | 189 | 190 | 191 | 192 | 193 | 194 | 195 | 196 | 197 Nastepna>>